5 marca 2011 to dzień chyba najbardziej oczekiwanego przeze mnie albumu w tym roku i - jak się okazuje - nie tylko ja nie mogłem doczekać się jego premiery, bo już w przedsprzedaży osiągnął on status złotej płyty... Nic dziwnego, skoro Peja i Decks powracają po pięcioletniej przerwie!
Wbrew swoim zasadom dotyczących ulubionych artystów, drżącymi dłońmi włożyłem dzisiejszego wieczoru krążek do napędu CD i wziąłem głęboki wdech, jednocześnie naciskając przycisk z pewnym angielskim słowem. Nie zawiodłem się, było na co czekać: jestem pozytywnie zaskoczony, gdyż Peja "zrewidował" swoje wartości propagowane w swojej dotychczasowej twórczości i poczynił wyraźny postęp w rapowaniu.
Na "Reedukacji" brak jest słabszych momentów, co jest cechuje największych. Nie mam jeszcze faworytów; każdy tekst jest niebanalny i obfituje w wartościowy przekaz, choć tradycyjnie nie brakuje w nich dosadności i wulgarności - lecz jest ona ograniczona do tyle, że płyty słucha się wyśmienicie. Bity Decksa tradycyjnie reprezentują wysoki poziom, choć - moim zdaniem - są zbyt mało zróżnicowane. Ja jednak nie chcę myśleć o nielicznych wadach tego krążka, a jak fan zachwycać się tą "lekturą obowiązkową" nie tylko dla fanów rapu. Zbędne wydaje się zatem pytanie, czego stale będę słuchał przez najbliższe dni i noce.
Na "Reedukacji" brak jest słabszych momentów, co jest cechuje największych. Nie mam jeszcze faworytów; każdy tekst jest niebanalny i obfituje w wartościowy przekaz, choć tradycyjnie nie brakuje w nich dosadności i wulgarności - lecz jest ona ograniczona do tyle, że płyty słucha się wyśmienicie. Bity Decksa tradycyjnie reprezentują wysoki poziom, choć - moim zdaniem - są zbyt mało zróżnicowane. Ja jednak nie chcę myśleć o nielicznych wadach tego krążka, a jak fan zachwycać się tą "lekturą obowiązkową" nie tylko dla fanów rapu. Zbędne wydaje się zatem pytanie, czego stale będę słuchał przez najbliższe dni i noce.
Kiedy jakiś czas temu temu świat obiegła wiadomość, że OSTR nagra wspólny kawałek z Peją, okazało się, że wielu zaciekłych wrogów tego ostatniego od wielu lat skrycie się w nim kochało... :D Bawi mnie ta hipokryzja, więc podsumowuję ją szczerym śmiechem. Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko cieszyć się, że taki featuring doszedł do skutku, tym bardziej, że "swoje trzy grosze dorzucił" nie kto inny, jak legendarny JERU THE DAMAJA! Kocham to... CZADU!!!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz