Tak jak napisałem w poprzednim wpisie, jest już o wiele lepiej: mimo że dzisiaj zawaliłem kolokwium, a wykładowca wyraźnie za mną nie przepada (za tydzień pokażę mu, co potrafię). Tylko czasem, jakby znienacka, w głowie zaczynają się kłębić pytania, by uderzyć we mnie w najmniej odpowiedniej chwili, pytań bez odpowiedzi, jak w numerze Chady i Eldo: "Czemu na mnie trafiło? Dlaczego śmieją się Ci, którzy powinni płakać? Dlaczego ludzka zawiść ciągle zbiera swoje żwniwo?".
"Czy myślisz, że tylko Ty przeżyłeś taki zawód?" - zapytała mnie ostatnio psycholog. Zaśmiałem się wtedy ironicznie w duchu, odpowiadając: "Nie, to byłoby bardzo naiwne, ale ta myśl wcale mi nie pomaga, bo to nie jest takie proste. Gdyby było, nie miałaby Pani pracy". Jestem bezczelny, zarozumiały i przemądrzały...? No i...? Skoro inni mogą być chamscy, głupi, źli, fałszywi, to i ja od czasu do czasu mogę sobie pozwolić na małe "co nieco".
"Ale musisz to po prostu przeżyć i iść dalej (jakbym słyszał jakiegoś rapera), to Cię wzmocni, sprawi że będziesz bardziej wartościowy, nie-płytki (i więcej tego typu pięknych określeń). Musisz się nieco oswoić z życiem, bowiem spotka Cię to jeszcze nie raz". Tak, wszystko byłoby pięknie , gdyby nie to, że nie jest moje pierwsze ciężkie przeżycie (bez zbędnego emocjonalnego ekshibicjonizmu), a to była moja pierwsza prawdziwa miłość (zaleciało tak trochę Dwójką po dwudziestej).
Nagle znajdujesz kogoś, dzięki której cały ten syf jest o niebo lżejszy, dzięki której "możesz wszystko", pokładasz w niej wszelkie nadzieje na lepsze jutro (banały!) i nie liczy się już nic na świecie, gdy biegniesz co tchu, by tylko się z nią spotkać... A tu nagle okazuje się, że to wszystko jest jedna wielka ściema (nie mam dziś głowy do wielkich słów), a ona po prostu kopie Cię w dupę, bo nie jesteś jej potrzebny. To brak elementarnego szacunku dla drugiego człowieka, bo czy to "cześć" wymaga aż takiego wysiłku? Rozumiesz, co czuję?
"Ale poczytaj biografię ludzi wyrastających poza przeciętność, oni zawsze "mieli pod górkę", zawsze cierpieli w imię słusznych spraw". Też mi odkrycie! Choć lubię myśleć o sobie w ten sposób (trzeba mieć w życiu parę złudzeń), to raczej wszystko wskazuje na to, że nie należę do tych "wybrańców", więc marna to pociecha. Sorry!Lektur szkolnych też od dawna już nie czytam, bo mają niewiele wspólnego z rzeczywistością.
"Czas goi rany, wypacza wrażliwość" jak rapuje na ostatniej płycie W.E.N.A. (od dłuższego czasu rap to moja Biblia). Oby była to prawda. Chciałbym, aby wypaczył mnie tak, abym nie widział już całego tego zła na świecie, chciałbym nie być pieprzonym wrażliwcem jak Stachura, nie podawać już dłoni nikomu... Nie chcę "widzieć ich" jak VNM.
Od pewnego czasu mam na sobie uaktualnioną wersję świerzbiącego pancerza, chociaż jak Maleńczuk, obawiam się, że wrośnie mi on w skórę. I może to i lepiej, lepiej dla mnie, bo byłem człowiekiem i jak skończyłem? Mam w prezencie jakieś żałosne lub bojaźliwe spojrzenia, na roku mając przy sobie jednego człowieka. Miałem ten pancerz na sobie przez wiele lat, jednak - jak się okazało - zakładałem go zbyt rzadko.
OK, kończę o tym, mam egzaminy, czas wziąć się do roboty, to jest priorytet. Znowu żyję, żyję rapem (co niektórym może wydawać się śmieszne), koncertem Behemotha i Comy, szczególnie czekam na tych ostatnich... Sporo ich słuchałem przez ostatnie tygodnie, ta identyfikacja z wielkimi tego świata często pomagała mi przetrwać, więc wierzę że i z tego starcia z życiem wyjdę cało. Coraz częściej śmieję się z tego, co mi się przytrafiło, znajdując pozytywne strony całej tej sytuacji, przecież WCIĄŻ TU JESTEM, mimo że "patologiczny i zepsuty"... ;) No to lecę! Ale tak, wiecie, normalnie, po schodach... :) Coś na poprawę humoru?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz